fbpx

Melania: Królowa świata czy ofiara słoweńskiej zazdrości? Recenzja, której media nie odważą się napisać

Blask, polityka i słoweński kompleks: dlaczego warto zobaczyć ten film?

Foto: Amazon i Jan Macarol / AIart

Wyobraź sobie alternatywny wszechświat: Melania Knauss zamiast Kate Middleton stojąca na balkonie Pałacu Buckingham. Słoweńcy byliby wówczas najdumniejszym narodem w galaktyce. Luka Dončić? Byłby tylko miłym przypisem pod newsem o jej nowej tiarze. Ale skoro nasza rodaczka z Sevnicy jest żoną „tego” Donalda, mamy problem. Wczoraj obejrzałam niesławny dokument o Melanii i inauguracji 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych – i moi drodzy, czas nalać sobie porządnego wina.

Bądźmy szczerzy, zanim przejdziemy do filmu. Problemem nie jest Melania, problemem jest słoweńska patologia narodowa. W 1991 roku z dumą wkroczyliśmy w demokrację i otrzymaliśmy nowe, niebieskie paszporty, ale nie dokonaliśmy niezbędnej aktualizacji oprogramowania w naszych głowach. Żyjemy w czasach, w których każdy sukces jest podejrzany, dopóki nie zostanie potwierdzony właściwą „opcją”.

Melania jest żywym dowodem tego paradoksu. I co najboleśniejsze – wie to doskonale. Chociaż w dokumencie nie mówi wprost, że pochodzi z „byłego kraju komunistycznego”, to narracja ta mocno tkwi w tle i nadaje sens jej podróży. Ironia jest doskonała: Mamy pierwszą damę świata, a zachowujemy się, jakbyśmy wciąż byli wściekli na sąsiada za to, że kupił nowy traktor. Czysta, destylowana zazdrość owinięta w moralną doniosłość. Trzeba obejrzeć ten film, żeby zobaczyć świat, który nie jest filtrowany przez nastawionych na cele redaktorów, karmiących nas wieczornymi wiadomościami.

Poezja wizualna: hollywoodzki blask w Białym Domu

Jeśli spojrzymy na film oczami krytyka filmowego – powiedzmy, że regularnie piszę dla „Magazyn miejski„Kolumna krytyki filmowej” – to dokument wizualnie imponującyZdjęcia dorównują produkcjom wysokobudżetowym. Przejścia kamery są płynne, oświetlenie jest boskie, a Melania gra jak… absolutna królowa świataEstetyka filmu jest niezaprzeczalna; jest to reżyserska wersja inauguracji, oferująca spojrzenie na kulisy, o których nasze media milczą.

Reżyserowi udało się uchwycić ten rzadki blask, który zazwyczaj widzimy tylko w filmach fabularnych o brytyjskiej rodzinie królewskiejWidzimy elegancję, moc i styl, który, szczerze mówiąc, jest ponadczasowy. Słowenia jest wspomniana w tej wizualnej mozaice dwukrotnie: raz przez najwyższej jakości kryształ z Rogaška Slatinai po drugie, w części, w której Melania opowiada o początkach swojej kariery.

Kiedy tempo się zatrzymuje: Za dużo cukru, za mało substancji?

Jednak każdy medal, nawet ten prezydencki, ma dwie strony. Pomimo wizualnej perfekcji, film cierpi na syndrom powtórzenia. Te przesadnie „filmowe” ujęcia, w których Melania po prostu idzie lub wpatruje się w dal przy akompaniamencie dramatycznej muzyki, są w pewnym momencie po prostu zbyt liczne.

W połowie filmu dokument zdaje się zatrzymywać. Traci właściwe tempo i rytm. Widz czeka na katharsis, na wielkie zakończenie, ale jedyne, co otrzymuje, to kolejne estetyczne ujęcie żyrandola w Białym Domu. Główny zarzut? Film pozostawia pod koniec wrażenie, że nie dowiedzieliśmy się niczego nowego o Melanii. Pozostaje zagadką. Nie ujawnia jej najgłębszych myśli ani nie oferuje soczystych, „wewnętrznych” informacji, jakich można by się spodziewać. Sekret pozostaje pieczołowicie strzeżony pod warstwami drogiego jedwabiu.

Szczegóły, które mówią więcej niż tysiąc słów

Ale film naprawdę błyszczy... są mikromomentamiTrzeba zwracać uwagę na szczegóły. Dotyk dłoni prezydenta i Melanii, przelotne spojrzenie, mowa ciała, gdy myślą, że nikt nie patrzy. To momenty, które reszta mediów skutecznie ukryła lub wycięła.

W tych sekundach kryje się prawda o ich związku. Widzimy chemię i sojusz, które rozbijają narrację „złapać kobietę”To jest ta część, która najbardziej rozzłości krytyków i zachwyci romantyków.

Werdykt końcowy: 7,5/10 (i obowiązkowa praca domowa)

Jeśli narysujemy linię, Oceniłbym film na 7–7,5.Jak na gatunek dokumentalny tego typu, to solidna ocena. Nie jest to arcydzieło kinematografii stulecia, ale daleko mu do kiczu, który niektórzy przewidywali. Choć jest w nim stanowczo za dużo „złotych” detali „jak na” mój gust.

Dlaczego więc warto go obejrzeć? Jeśli jesteś Amerykaninem, dla polityki. Jeśli jesteś fashionistą, dla ubrań. Ale jeśli jesteś Słoweńcem, obejrzenie tego filmu to twój obywatelski obowiązek. Nie po to, by kochać Trumpa, ale by skonfrontować się z własnym odbiciem w lustrze. Zobaczyć, co się stanie, gdy dziewczyna z Sevnicy podbije świat, a my wciąż zastanawiamy się, czy jej angielski jest wystarczająco dobry. Nie jest – ale nie o to chodzi w tym dokumencie. 

Przygotujcie popcorn i otwórzcie umysły. Spektakl zaraz się zacznie.

Z Wami od 2004 roku

od roku 2004 badamy miejskie trendy i codziennie informujemy naszą społeczność obserwujących o najnowszych stylach życia, podróżach, stylu i produktach, które inspirują pasją. Od 2023 roku oferujemy treści w głównych językach świata.